Blog

Wyspa psów z włosem i pod włos

Wes Anderson, Wyspa psów, Isle of Dogs, Akira Kurosawa, Toshiro Mifune, Bryan Cranston, pies, animacja, Japonia

Wyspa psów Wesa Andersona zebrała pozytywne recenzje, ale – jak udowodniła mała afera przed premierą – niektórzy krytycy nie wiedzą, jakie działa wytoczyć i do kogo z nich strzelać. W tym filmie jest znacznie więcej, niż może się wydawać przeciętnemu recenzentowi.

Japonia, niedaleka przyszłość. Populację psów miasta Megasaki dotyka dziwna choroba. Władze obawiają się przeniesienia infekcji na ludzi i zaczynają wywozić czworonogi na Wyspę Śmieci, gdzie zwierzęta muszą walczyć o przetrwanie. Tęsknią za ciepłymi domami i miękkimi kanapami, więc łączą się w watahy. Jednej z takich grup przewodzi Wódz (Bryan Cranston) – twardy pies, który nigdy nie pokazuje słabości. Razem z Reksem (Ed Norton), Królem (Bob Balaban), Szefem (Bill Murray) oraz Księciem (Jeff Goldblum) tworzy watahę samców alfa, którym nikt nie podskoczy. Wszystko zmienia się, gdy w poszukiwaniu swojego psa na wyspę przybywa mały Atari.

Nowy film Wesa Andersona spotkał się z ciepłym przyjęciem krytyków i publiczności (w chwili pisania tego tekstu odpowiednio 90% i 89% pozytywnych opinii w Rotten Tomatoes). Jednak pojawiły się pojedyncze głosy mówiące, że przedstawienie Japończyków na ekranie jest uproszczone i krzywdzące. Nie byłoby o czym gadać – każdy ma prawo do wyrażania opinii, dyktowanej przez osobistą wrażliwość – ale recenzenci i komentatorzy zaczęli węszyć kontrowersję i wkrótce coraz więcej osób pytało, czy Wes Anderson jest rasistą, czy tylko ignorantem.

Głównym argumentem jest odebranie głosu mieszkańcom Megasaki. Japońscy bohaterowie nie są na ogół tłumaczeni. Tylko w kilku kluczowych dla fabuły momentach pojawiają się zrozumiałe dla zachodniego widza napisy lub głos tłumacza. Tymczasem psy mówią znanymi głosami amerykańskich aktorów i aktorek, a amerykańska studentka Tracy (Greta Gerwig) urasta w toku historii do roli białej zbawczyni, która próbuje porwać do walki biernych Japończyków. Ci zresztą przedstawieni są w filmie ponoć karykaturalnie albo stereotypowo.

Wes Anderson, Wyspa psów, Isle of Dogs, Akira Kurosawa, Toshiro Mifune, Bryan Cranston, pies, animacja, Japonia

Można po prostu uznać, że Wes Anderson zawłaszcza japońską kulturę, a Wyspa psów jest kolejnym przykładem popularnego w Hollywood wybielania niebiałych bohaterów i historii. Potem gasimy światło, idziemy do domu i czekamy kilka lat na kolejny film reżysera. Tym razem może taki, który nikogo nie urazi. Można też trochę się wysilić, zadać odpowiednie pytania i sięgnąć do wywiadów. W jednym z nich Anderson zdradza, że jego główną inspiracją w pracy nad filmem było japońskie kino lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. I rzeczywiście Wyspa psów pokazuje to na tak wielu poziomach, że trudno je wszystkie wymienić.

Splątane korzenie

Wyspa Śmieci może wydawać się znajoma wszystkim, którzy zagłębili się trochę w filmografię Akiry Kurosawy. Od Dodes’ka-den (1970) i Na dnie (1957), które dzieją się w dzielnicach nędzy, przez subtelniejszego w tym względzie Pijanego anioła (1948) i Rudobrodego (1965) po filmy samurajskie – reżyser tworzy przekonujące i przejmujące obrazy ludzi wypchniętych na margines oraz warunków, w których przyszło im żyć.

W przygnębiającym krajobrazie Wyspy Śmieci wałęsają się setki psów. Porzucone, nadal chcą służyć. Skrzywdzone, wspominają lepsze czasy. Gdy na wysypisku pojawia się mały Atari, większość watahy postanawia mu pomóc. Psy o dumnie brzmiących imionach od razu stają się sługami. Wódz, który nie zamierza się podporządkować, słyszy najgorszą reprymendę: Jesteś nieposłuszny.

Ten fragment może wydawać się dziwny, dopóki nie odwołamy się do samurajskiego kina. W takich filmach Akiry Kurosawy jak Ran (1985) czy Sobowtór (1980) pojawiają się postacie samurajskich generałów, którzy swoim panom gotowi są służyć do samej śmierci. Nawet jeśli są to władcy głupi albo zmanipulowani. Porównując psy do samurajów, ludzkich bohaterów do japońskich feudalnych panów, a honor wojownika zastępując psią naturą, eliminujemy ten zgrzyt. Wyidealizowane psy Wesa Andersona niewiele się różnią od wyidealizowanych wojowników z filmów Kurosawy.

Z kolei wspomniany wcześniej nieposłuszny Wódz przywodzi na myśl głównego bohatera filmu Po deszczu (nakręconego według scenariusza Kurosawy już po jego śmierci). Obaj bohaterowie – pies i ronin – nie potrafią zapanować nad własną siłą. W ferworze walki zdarza im się pokiereszować przeciwnika, przez co nie mogą znaleźć pana, który przyjąłby ich na służbę.

W Wyspie psów znajdziemy jeszcze przynajmniej jeden wątek zaczerpnięty z Kurosawy. Gdy w pewnym momencie historii Atari zostaje uznany za zmarłego, zakochana w nim studentka Tracy postanawia stanąć na czele walki o uratowanie wszystkich psów i udowodnić, że jej ukochany nie był zdrajcą. W Nie żałuję swojej młodości (1946) młoda Yukie, żona aresztowanego i zabitego w więzieniu aktywisty, przenosi się na wieś, by zamieszkać z teściami. Rodzice człowieka oficjalnie uznawanego za zdrajcę narodu codziennie spotykają się z szykanami. Przytłoczeni ogromem krzywd, winą za wszystkie obarczają zmarłego. Yukie zrobi wszystko, by im pomóc i udowodnić, że jej mąż był dobrym człowiekiem.

Nawiązania do Kurosawy można znaleźć również poza warstwą fabularną. Napisano o nich trochę w innych miejscach, więc ograniczę się tylko do tych mniej oczywistych. Warto na pewno zwrócić uwagę na podobieństwo burmistrza Kobayashiego do Toshiro Mifune w filmie Niebo i piekło (1963). W białym garniturze, z wąsem i marsową miną, wygląda zupełnie jak ulubiony aktor Kurosawy. Przy tym jest aż nazbyt groźny, władczy i stanowczy. I nie jest jedyny.

Wes Anderson, Wyspa psów, Isle of Dogs, Akira Kurosawa, Toshiro Mifune, Bryan Cranston, pies, animacja, Japonia

Toshirō Mifune w filmie „Niebo i piekło” i burmistrz Kobayashi w „Wyspie psów”

Zarzucanie bohaterom filmu karykaturalności jest jak najbardziej na miejscu i wcale nie musi być zarzutem. Gdy ogląda się japońskie filmy z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych (a nawet późniejszych) widać mocno przerysowane aktorstwo. Samurajowie mówią głośno i kroczą stanowczo. Ich żony brzmią słodko i kłaniają się pokornie. Kurtyzany są wręcz nieznośnie zalotne, chłopi wyjątkowo umęczeni, a łotrzycy rozkrzyczani. Widać to w wielu obrazach Kurosawy, który – kręcąc filmy w pełni dźwiękowe – świadomie nawiązywał do kina niemego. Tam aktorstwo musiało być przerysowane, by rekompensować brak dźwięku.

Innym sposobem na wzbogacenie niemego filmu był benshi – aktor i narrator w jednej osobie. Podczas projekcji filmu benshi stał obok ekranu. Komentował sceny, podkładał głos pod poszczególne postacie, tłumaczył zagraniczne dialogi. Japończycy przyzwyczajeni do narracji towarzyszącej tradycyjnym teatrom kabuki i potrzebowali jej również w pierwszych filmach kinowych, a dobry benshi mógł zadecydować o porażce lub sukcesie produkcji. Starszy brat Akiry Kurosawy, Heigo, był podobno popularnym benshim, znakomicie znającym swój fach.

Zachodni krytycy oburzyli się, że słowa japońskich bohaterów są niezrozumiałe dla anglojęzycznych widzów. Z drugiej strony w Wyspie psów co i rusz pojawia się narrator, tłumacz czy maszyna przekładająca japoński na angielski. Każdy taki moment na ekranie jest dla mnie jak wejście benshiego – wszystkowiedzącego interpretatora, który tłumaczy niezrozumiałe widowisko zachodniej publiczności, dla której jest ono przeznaczone. Myślę, że Wes Anderson bardzo świadomie odwzorowuje specyfikę japońskiego przemysłu filmowego sprzed lat. Nie ma w tym cienia pogardy czy ignorancji.

Wyspa psów to znacznie więcej niż hołd. Wes Anderson rozkłada kino Kurosawy na części i składa je na powrót po swojemu. Nie tylko daje nowe życie wątkom i historiom, ale nawet strukturze i filozofii kina japońskiego mistrza. Do tej i tak skomplikowanej układanki dorzuca własne charakterystyczne motywy i trochę szczegółów od innych twórców (np. psy walczące z robotami to Godzilla kontra Mechagodzilla). Powstaje obraz wyjątkowy – taki, który opowiada o innych filmach, ale ma też własną historię, przez którą prowadzi widza.

Prosty przekaz

Wyspa psów wprost mówi o okrucieństwie, jakiego ze strony ludzi doświadczają zwierzęta. Odtrącenie, konieczność walki o przetrwanie, eksperymenty medyczne, a nawet groźba masowej eksterminacji – oto los, jaki człowiek może zgotować najlepszemu przyjacielowi. Choć Wes Anderson pokazuje to na ekranie w formie animacji, nie szczędząc wizualnych gagów, przesłanie wybrzmiewa z pełną mocą. Nikt, kto ma serce i sumienie, nie może go zignorować.

Myślę, że Andersona zawsze interesowało realizowanie bardzo określonej wizji i kierowanie jej do określonej publiczności. Dostosowywanie tej wizji tak, by była bardziej inkluzywna i uwrażliwiona społecznie, mija się z celem. Szczególnie, że tym razem to los zwierząt jest najważniejszy. Ludzie są tu tylko narzędziem umożliwiającym opowiedzenie historii w określony sposób. Wydaje mi się, że ich rasa, język czy miejsce w pozafilmowym świecie nie mają specjalnego znaczenia.

Wes Anderson, Wyspa psów, Isle of Dogs, Akira Kurosawa, Toshiro Mifune, Bryan Cranston, pies, animacja, Japonia

Wyspa psów ma w pierwszej kolejności uwrażliwiać na cierpienie zwierząt. Robi to przez przywołanie ducha japońskich filmów z połowy XX wieku i różnorodne nawiązania nie tylko do konkretnych tytułów, ale także całej kultury filmowej tego okresu. Film można czytać również jako krytykę totalitarnej władzy i obywatelskiej bierności. Przesłanie jest więcej niż jedno, ale każde skierowane do inteligentnego widza, któremu nie trzeba tłumaczyć świata od podstaw, a jedynie przypomnieć, z jakimi problemami borykamy się każdego dnia. Niektóre są tak powszechne, że nawet inteligentny człowiek może przestać je dostrzegać.

Właśnie dlatego strażnicy standardów społecznej wrażliwości tym razem mogliby sobie odpuścić. Kręcona przez nich na wyrost afera, może sprawić, że wielu ludzi, do których film jest kierowany, zdecyduje się na jego ominięcie. A to dopiero byłby prawdziwy skandal.

Adam Zyskowski

Lubisz ten tekst? Skomentuj i podaj dalej 🙂

Zostaw komentarz

Twój email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola oznaczono *