Blog

Kroniki portowe, czyli egzorcyzm nasz powszedni

Kevin Spacey, Julianne Moore, Judi Dench, Cate Blanchett, The Shipping News, Kroniki Portowe

Przepis na burgera z foki Nowofundlandczycy powinni zatrzymać dla siebie, a świat tylko na tym skorzysta. Warto jednak zainteresować się ich receptą na szczęście. Przyda się też porządny sztorm i coś do przecinania lin.

O egzorcyzmach wiem tyle, ile zobaczę w filmach grozy spod znaku obracających się głów, latających łóżek i połykanych gwoździ. Jednak niezależnie od stanu wiary i ducha, wszyscy możemy się zgodzić, że pewni ludzie stosują pewne gesty, by wyjść z sytuacji, które ich przerastają. Wielki ból, wielki strach czy wielkie rozczarowania aż proszą się o równie wielkie, radykalne reakcje. Gdy ktoś znajduje rozwiązanie swoich problemów, czasem przypisuje mu szczególne znaczenie i próbuje stosować z uporem desperata. Czasem to rozwiązanie staje się ważniejsze niż problem.

W filmie Kroniki portowe (org. The Shipping News, reż. Lasse Hallström, 2001) właściwie każda postać jest czymś opętana – zawieszona w sytuacji bez wyjścia, zdominowana przez strach. Konsekwencja, z jaką twórcy scenariusza przeklinają kolejnych mieszkańców nadmorskiej mieściny, zasługuje na uznanie. Niemal każdy odpowiada groźnym siłom jakimś wielkim gestem, który ma powstrzymać (zdawałoby się) nieuchronność losu. Każdy pragnie odsunąć nieszczęście, które niechybnie nadejdzie, jak najdalej.

Quoyle (Kevin Spacey) zostaje zamknięty w pułapce strachu przez własnego ojca. Wrzucony do brudnej wody jeziora musiał nauczyć się pływać. Nie wyszło. Choć ostatecznie uratowany, w pewnym sensie na zawsze pozostał w wodzie. Quoyle snuje opowieść głosem spoza kadru, a sylwetka tonącego dziecka zmienia się na oczach widzów w postać dorosłego. Mężczyzna stwierdza, że to niepowodzenie stało się początkiem kolejnych porażek. Słabość charakteru, trudności w nawiązywaniu kontaktów, problemy w szkołach i pracy – wszystko zaczęło się tamtego dnia. Przez cały czas Quoyle tonie w życiu tak, jak wcześniej w brudnych wodach jeziora.

Nadzieja pojawia się, gdy poznaje Petal (Cate Blanchett). Kobieta bezceremonialnie wsiada do samochodu Quoyle’a i postanawia zostać w jego życiu. Para bierze ślub, pojawia się dziecko – mała Bunny. Quoyle wydaje się poświęcać rodzinie bez reszty. Wreszcie ma coś, czego warto się trzymać, co może przesłonić wszystkie niepowodzenia. Stara się zaklinać rzeczywistość miłością, być takim ojcem, jakiego nigdy nie miał – czułym i odpowiedzialnym. Jednak jest również słaby. Nie reaguje, gdy Petal wraca do domu pijana z wciąż nowymi kochankami. Kobieta ma za nic miłość męża, córkę traktuje jak niepotrzebny ciężar. W seksie i alkoholu odnajduje spokój, ale – jak w przypadku Quoyle’a – niemal rytualne powtarzanie wciąż tych samych gestów zawodzi. Problemy zostają zepchnięte na bok, ale pozostają, by powrócić z jeszcze większą mocą.

Wszyscy w Kronikach portowych wydają się tkwić w podobnych pętlach, choć niektórzy znajdują drogę ucieczki. Ojciec informuje Quoyle’a telefonicznie: Nadszedł czas byśmy razem z matką położyli kres temu absurdowi (…). Zawiadomiłem już zakład pogrzebowy. Nawet w ostatnich słowach wyraża dezaprobatę wobec syna: Poświęciłem się dla ciebie, ale nie potrafiłeś tego docenić. Jego egzorcyzmem było przenoszenie winy za niepowodzenia na syna. Dzięki temu mógł pozostać czysty w swoich oczach. Jednak samobójstwo dowodzi, że i jego egzorcyzmy niczego nie rozwiązały.

Kevin Spacey, Julianne Moore, Judi Dench, Cate Blanchett, The Shipping News, Kroniki Portowe

© Miramax

W dniu pogrzebu zjawia się siostra ojca, Agnis (Judi Dench). Ma niezałatwione sprawy ze zmarłym i własny egzorcyzm w planach. Widząc, że tragedia zaczyna gonić tragedię, kobieta zabiera Quoyle’a i małą Bunny w rodzinne strony. Nowa Fundlandia okazuje się być na równi zmarzniętym kawałkiem skały i prawdziwą krainą legend. Pochodzący z miasta Quoyle mógł uważać się w najlepszym razie za pechowca, ale tutejsi nie mają wątpliwości – klątwa, rozumiana jako ponadnaturalna siła, może spaść na każdego.

Jack Buggit, szef lokalnej gazety, jest dobrym przykładem. Zabrania synowi wypływania w morze. Bezpieczna posada cieśli ma go uchronić przed rodową klątwą, która sprawia, że wszyscy mężczyźni w rodzinie giną na morzu. Jack jest jednym z tych wrażliwych, którzy po prostu wiedzą różne rzeczy – w tych stronach to podobno całkiem zwyczajna umiejętność. Jedno zaś wie na pewno: jego syn nie może wejść na łódź. Jego ciągłe odmowy urastają do rangi rytuału tak, jak ciągłe starania syna, by ten opór złamać. Cała okolica wie o ich konflikcie, ale każdy rozumie, że to spór o solidnych podstawach. Z przeznaczeniem nie ma żartów. Gdy nie można z nim wygrać, największy sens ma unikanie ryzyka.

Jednak to rodzinna siedziba Quoyle’ów wydaje się najbardziej magicznym (a może również przeklętym) miejscem na całej wyspie. Widzimy ją już w pierwszych ujęciach, gdy kilkanaście osób ciągnie za liny, by przesunąć stojący na palach dom. Musi być wyjątkowy, skoro wśród szalejącego śniegu starzy i młodzi, kobiety i dzieci, a nawet zwierzęta, dają z siebie wszystko, by przenieść budynek w nowe miejsce. Tym miejscem okazuje się Quoyle Point – kawałek skały nie bez powodu oddalony od ludzkich siedzib. Umocowany do podłoża stalowymi linami, by mógł oprzeć się gwałtownym wiatrom i mroźnym ulewom, dom stoi samotnie na krawędzi klifu. Mała Bunny, która najwyraźniej również jest wrażliwa na kwestie ponadnaturalne, szybko stwierdza, że budynek jest nieszczęśliwy i trzeba go uwolnić z więzów.

Kevin Spacey, Julianne Moore, Judi Dench, Cate Blanchett, The Shipping News, Kroniki Portowe

© Miramax

W dziecinnym stwierdzeniu ujawnia się najprostsza (ale też chyba najciekawsza) interpretacja Kronik portowych. W zachodniej kulturze pokutuje przekonanie, że o szczęście należy walczyć wszystkimi dostępnymi środkami i zawsze do samego końca. Jeśli to nie działa, trzeba się bardziej starać. W efekcie wielu powtarza wciąż te same błędy. Ostatecznie jednak okazuje się, że nie ze wszystkimi problemami można wygrać. Czasem człowiek musi odciąć liny, które wiążą go z przeszłością, i zobaczyć, co porwie sztorm, a co pozostawi. Ten proces nie należy do przyjemnych, ale może dzięki bólowi wyzwolenie zyskuje głębszy wymiar i daje prawdziwą wolność? Nie wiem, ale jeśli nawet najsilniejsze egzorcyzmy zawodzą, chyba warto wpuścić do swojego życia sztorm.

Adam Zyskowski

Lubisz ten tekst? Skomentuj i podaj dalej 🙂

Zostaw komentarz

Twój email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola oznaczono *